Chciałabym dziś zadać Wam zagadkę. Jako, że zaczęłam się uczyć bardzo nietypowego języka, jestem ciekawa kto z Was będzie w stanie zgadnąć jaki to język, po bardzo ogólnych podpowiedziach :). One będą naprawdę ogólne, ponieważ nie chcę żeby było za prosto ;).
1. Po pierwsze ma inny alfabet, to na razie jest dla mnie największa trudność. Nie jest to cyrylica, ale też nie są to żadne znaki. Po prostu litery, ale napisane w nietypowy sposób :). I są piękne (dla mnie). Użytkownicy tego języka bardzo cenili i chronili ten alfabet.
2. Jest to język indoeuropejski. Nie powiem jaka grupa, bo mogłoby być za łatwo. Powiem tylko, że bardzo przypomina język, który jest znany przez wiele osób i nauczany w szkołach w naszym kraju.
3. Obecnie jest używany przez ok 3-4 miliony osób. Niestety nie ma swojego miejsca na ziemi, jego użytkowników możemy spotkać na całym świecie, również w Polsce.
4. Jest mocno związany z naszym językiem (chociaż naukowcy wolą żeby
mówić o wpływach słowiańskich, a nie polskich). Co nie zmienia faktu, że
wiele słów w tym języku brzmi niezwykle znajomo. Aż się człowiek
uśmiecha słysząc niektóre słowa :).
5. Jest również mocno związany z historią Polski, swego czasu co trzeci mieszkaniec Warszawy władał tym językiem (tu chyba większość osób już się domyśla).
6. To język kompletnie nieprzydatni w życiu, ale jednak dla mnie ciekawy. Jest możliwość studiowania go na niektórych uniwersytetach (jest kierunek, który uwzględnia go w swoim planie nauczania), więc nie tylko ja i reszta naszej grupy mamy takie nietypowe pasje.
Myślę, że tyle podpowiedzi wystarczy. Czy już się domyślacie gdzie moja językowa pasja mnie tym razem zaprowadziła?
piątek, 1 listopada 2013
wtorek, 3 września 2013
Mój szwedzki!
Obiecywałam sobie nowy język zaraz po obronie licencjatu (czyli w lipcu). Oczywiście nie wytrzymałam i zaczęłam się go uczyć szybciej (bo przecież miałam tak mało roboty na studiach...) i tak od około kwietnia mam już kontakt ze szwedzkim.
Dlaczego akurat ten język? Po prostu brzmi tak fajnie, że nie mogłam się powstrzymać! Odkąd obejrzałam całą trylogię "Millenium", nie mogłam przestać myśleć o tym języku. Piękny! To była miłość od pierwszego usłyszenia :).
Chciałabym przedstawić pokrótce materiały, z których korzystam.
1. Zaczęłam od kursu audio Pimsleur. Jak wstęp nadaje się do tego idealnie, można osłuchać się z językiem, poczuć jego melodię. Ja (przyznam się bez bicia!) dotrwałam do 25 lekcji z 30 i na razie mi wystarczyło :). Myślę, że jeszcze do niego wrócę, żeby skończyć to co zaczęłam.
2. Fiszki wydawnictwa Cztery Głowy. Wyglądają tak:

Już je skończyłam (300 kartoników to jednak niezbyt dużo) i mogę powiedzieć, że są niezłe jak na sam początek. Razem z fiszkami otrzymujemy małą płytkę z nagraniami wszystkich słówek, które można wrzucić sobie do odtwarzacza mp3. Mam duży sentyment do tego wydawnictwa i bardzo żałuję, że na razie to jedyne co mogą mi zaoferować ze szwedzkiego. Podobno ma się ukazać Słownictwo 1, ale przy ich tempie do tego czasu zdążę się tych wszystkich słówek nauczyć sama :).
To miało mi wystarczyć do lipca, ale oczywiście nie mogłam się powstrzymać i zakupiłam sobie jeszcze coś.
3. Język szwedzki dla początkujących- ucz się sam.

Jak na razie nie mogę się do niego przekonać. Mam wrażenie, że jest to przedruk z "Teach yourself", ale mogę się mylić. Słówka są wyrwane prosto z dialogów, odmienione w taki sposób że osoba początkująca nie wie jak to ugryźć, nie zawsze podają rodzajniki (co jest bardzo ważne w szwedzkim). Zamiast listy pojedynczych słówek spotykamy czasem całe zdania, plus mało przydatne informacje jak na początek (w pierwszej lekcji spotykam już... kanał La Manche, kapitan żeglugi morskiej czy wiatr z rufy!). Bzdura kompletna :). Wrócę do niego po przerobieniu wszystkiego co zaplanowałam (szkoda żeby książka leżała i się kurzyła, nie lubię marnować pieniędzy), ale jak na sam początek to nie polecam bo można się zrazić.
4. Po tej porażce zakupiłam: Szwedzki nie gryzie!
Wiem, że dużo osób bardzo krytykuje wydawnictwo Edgard. Ja osobiście nic do niego nie mam, a nawet potrafiłam wśród ich pozycji znaleźć coś godnego uwagi (chociaż ich fiński jest godny pożałowania). Ta książka nadaje się idealnie jako uzupełnienie do głównego podręcznika. Całkiem nieźle przedstawiona wymowa, rozdziały są podzielone na poszczególne tematy (np. zakupy, człowiek i rodzina czy podróże) i zawierają krótkie przedstawienie danego zagadnienia gramatycznego, listę słówek oraz ćwiczenia. Można całkiem sporo wyciągnąć z tej książki (zwłaszcza osoby, które jak ja kochają wpisywać sobie słówka do Anki- tutaj można ich znaleźć sporo i to podzielonych na kateorie). Na pewno postaram się ją przerobić do końca.
5. Jeszcze jedna pozycja wydawnictwa Edgard: Szwedzki Fiszki mp3 600 fiszek Trening od podstaw.
Nie planowałam tego zakupu, ale jako że na Groupon pojawiła się tak kusząca propozycja cenowa, to nie mogłam się powstrzymać :). Nie posiadam papierowych fiszek, ale program komputerowy. Słówka są podzielone na kategorie, jest ich więcej niż w fiszkach Cztery Głowy i wszystkie mają nagrania. Wystarczy kliknąć na dane słówko (albo zdanie, bo z każdym słówkiem dostajemy przykład jego użycia) i od razu słychać wymowę. Można też się testować z danego materiału. Minusem jest to, że jest to w formie testu i zawsze są podane odpowiedzi, ale zawsze można je sobie zasłonić i odpowiadać bez nich :). Jak już mówiłam, uwielbiam tematyczne listy słówek i ten program na pewno przydaje mi się do poszerzania słownictwa.
6. I teraz mój hit. Assimil- lo svedese.

Serii Assimil chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Największym jej minusem jest tak mała liczba języków dostępnych po polsku, czy po angielsku. Najfajniejsze "smaczki" są albo po francusku, albo po niemiecku (żadnego z nich jeszcze nie znam). Oczywiście szwedzki też nie jest dostępny w naszym języku. Ale kiedyś przez przypadek weszłam na stronę włoską Assimila i moim oczom ukazała się nowość w postaci języka szwedzkiego! Jako, że włoski znam to nie wahałam się długo. Czekałam na ten podręcznik chyba z sześć tygodni (tak to jest jak wybiera się darmową przesyłkę), ale w końcu w zeszły piątek się doczekałam (oryginalnie miała dojść dopiero 9 września, więc i tak to był sukces). Jestem zachwycona i to jest właśnie mój bazowy podręcznik, który chcę przerobić od A do Z. Słucham, czytam, wypełniam ćwiczenia i wącham zapach mojej nowiutkiej książki :D.
Jeżeli ktoś byłby ciekawy, mogę przedstawić bardziej szczegółowo którąś z wyżej wymienionych pozycji :).
Dlaczego akurat ten język? Po prostu brzmi tak fajnie, że nie mogłam się powstrzymać! Odkąd obejrzałam całą trylogię "Millenium", nie mogłam przestać myśleć o tym języku. Piękny! To była miłość od pierwszego usłyszenia :).
Chciałabym przedstawić pokrótce materiały, z których korzystam.
1. Zaczęłam od kursu audio Pimsleur. Jak wstęp nadaje się do tego idealnie, można osłuchać się z językiem, poczuć jego melodię. Ja (przyznam się bez bicia!) dotrwałam do 25 lekcji z 30 i na razie mi wystarczyło :). Myślę, że jeszcze do niego wrócę, żeby skończyć to co zaczęłam.
2. Fiszki wydawnictwa Cztery Głowy. Wyglądają tak:
Już je skończyłam (300 kartoników to jednak niezbyt dużo) i mogę powiedzieć, że są niezłe jak na sam początek. Razem z fiszkami otrzymujemy małą płytkę z nagraniami wszystkich słówek, które można wrzucić sobie do odtwarzacza mp3. Mam duży sentyment do tego wydawnictwa i bardzo żałuję, że na razie to jedyne co mogą mi zaoferować ze szwedzkiego. Podobno ma się ukazać Słownictwo 1, ale przy ich tempie do tego czasu zdążę się tych wszystkich słówek nauczyć sama :).
To miało mi wystarczyć do lipca, ale oczywiście nie mogłam się powstrzymać i zakupiłam sobie jeszcze coś.
3. Język szwedzki dla początkujących- ucz się sam.
Jak na razie nie mogę się do niego przekonać. Mam wrażenie, że jest to przedruk z "Teach yourself", ale mogę się mylić. Słówka są wyrwane prosto z dialogów, odmienione w taki sposób że osoba początkująca nie wie jak to ugryźć, nie zawsze podają rodzajniki (co jest bardzo ważne w szwedzkim). Zamiast listy pojedynczych słówek spotykamy czasem całe zdania, plus mało przydatne informacje jak na początek (w pierwszej lekcji spotykam już... kanał La Manche, kapitan żeglugi morskiej czy wiatr z rufy!). Bzdura kompletna :). Wrócę do niego po przerobieniu wszystkiego co zaplanowałam (szkoda żeby książka leżała i się kurzyła, nie lubię marnować pieniędzy), ale jak na sam początek to nie polecam bo można się zrazić.
4. Po tej porażce zakupiłam: Szwedzki nie gryzie!
Wiem, że dużo osób bardzo krytykuje wydawnictwo Edgard. Ja osobiście nic do niego nie mam, a nawet potrafiłam wśród ich pozycji znaleźć coś godnego uwagi (chociaż ich fiński jest godny pożałowania). Ta książka nadaje się idealnie jako uzupełnienie do głównego podręcznika. Całkiem nieźle przedstawiona wymowa, rozdziały są podzielone na poszczególne tematy (np. zakupy, człowiek i rodzina czy podróże) i zawierają krótkie przedstawienie danego zagadnienia gramatycznego, listę słówek oraz ćwiczenia. Można całkiem sporo wyciągnąć z tej książki (zwłaszcza osoby, które jak ja kochają wpisywać sobie słówka do Anki- tutaj można ich znaleźć sporo i to podzielonych na kateorie). Na pewno postaram się ją przerobić do końca.
5. Jeszcze jedna pozycja wydawnictwa Edgard: Szwedzki Fiszki mp3 600 fiszek Trening od podstaw.
Nie planowałam tego zakupu, ale jako że na Groupon pojawiła się tak kusząca propozycja cenowa, to nie mogłam się powstrzymać :). Nie posiadam papierowych fiszek, ale program komputerowy. Słówka są podzielone na kategorie, jest ich więcej niż w fiszkach Cztery Głowy i wszystkie mają nagrania. Wystarczy kliknąć na dane słówko (albo zdanie, bo z każdym słówkiem dostajemy przykład jego użycia) i od razu słychać wymowę. Można też się testować z danego materiału. Minusem jest to, że jest to w formie testu i zawsze są podane odpowiedzi, ale zawsze można je sobie zasłonić i odpowiadać bez nich :). Jak już mówiłam, uwielbiam tematyczne listy słówek i ten program na pewno przydaje mi się do poszerzania słownictwa.
6. I teraz mój hit. Assimil- lo svedese.
Serii Assimil chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Największym jej minusem jest tak mała liczba języków dostępnych po polsku, czy po angielsku. Najfajniejsze "smaczki" są albo po francusku, albo po niemiecku (żadnego z nich jeszcze nie znam). Oczywiście szwedzki też nie jest dostępny w naszym języku. Ale kiedyś przez przypadek weszłam na stronę włoską Assimila i moim oczom ukazała się nowość w postaci języka szwedzkiego! Jako, że włoski znam to nie wahałam się długo. Czekałam na ten podręcznik chyba z sześć tygodni (tak to jest jak wybiera się darmową przesyłkę), ale w końcu w zeszły piątek się doczekałam (oryginalnie miała dojść dopiero 9 września, więc i tak to był sukces). Jestem zachwycona i to jest właśnie mój bazowy podręcznik, który chcę przerobić od A do Z. Słucham, czytam, wypełniam ćwiczenia i wącham zapach mojej nowiutkiej książki :D.
Jeżeli ktoś byłby ciekawy, mogę przedstawić bardziej szczegółowo którąś z wyżej wymienionych pozycji :).
poniedziałek, 8 lipca 2013
La libertà.
La libertà, czyli wolność. Dlaczego wolność? Ponieważ już oficjalnie zakończyłam studia.Od tej chwili nauka języka włoskiego to będzie już zawsze przyjemność, a nie obowiązek. Przez ten rok miałam bardzo dużo nauki plus pisanie pracy licencjackiej. Stąd takie zaniedbanie mojego bloga.
Z jednej strony jestem bardzo szczęśliwa, że to wszystko jest już za mną, ale z drugiej... pewien rozdział w moim życiu zamknął się definitywnie. Już na pewno nie spotkamy się wszyscy w takiej grupie, w jakiej walczyliśmy o przetrwanie przez te trzy lata. Brak egzaminów nad głową powoduje pewne rozleniwienie u mnie. Kiedy uczyłam się na historię literatury włoskiej, myślałam sobie: : "Jakie to wszystko ciekawe! Jak tylko zdam wszystko, zabiorę się porządnie za literaturę XIX i XX wieku, przeczytam to na co nie miałam czasu w ciągu roku, z powodu natłoku zajęć. Przejrzę biografie pisarzy, których nie miałam uwzględnionych w trakcie zajęć". I co? I niestety jak na razie nic. Dobrze, obroniłam się dopiero w zeszłą sobotę (tj. 6.07) i mam jeszcze dużo czasu, jednak czuję, że to już nie jest to. Mam nadzieję, że kiedy odpocznę, to znów poczuję ten głód wiedzy, mimo braku przysłowiowego "bata" nad głową :).
Jak mój włoski po trzech latach? Nieźle, ale ciągle jest mnóstwo do zrobienia. Rozumiem wszystko, co do mnie mówią. Jeśli chodzi o czytanie, to zależy od książki. Są takie, które pochłaniam jakby były po polsku, a inne sprawiają mi jeszcze problemy. Czuję, że powinnam nad tym popracować, ale zrobię to z wielką przyjemnością. Powinnam też "rozpracować" jakąś książkę, tak jak Harrego Pottera po angielsku i zapisać do Anki nieznane mi słówka. Widzę, że taka metoda może nie polepsza naszego języka mówionego (bo jednak takich słów nie używa się na co dzień), ale niezwykle wzbogaca nasze słownictwo pasywne. A takich słów mi jeszcze brakuje w moim włoskim. Teraz mówienie... W ogóle się nie przygotowałam do mojego egzaminu ustnego (z którego dostałam 4.5). Kiedy podchwycę temat to mówię, mówię i mówię. Czuję jednak, że nie jest to wypowiedź wolna od błędów. A ja nienawidzę robić błędów! Może pięć lat temu byłabym zachwycona moim poziomem, ale już nie teraz. Cel to mówić bez błędów, na każdy temat, o każdej porze :).
Jak wykorzystam swoją wolność? Zaczęłam się uczyć nowego języka (jakby cztery, to było już mało). Jest to szwedzki. Pierwsze "zrywy" mam już od lutego, jednak teraz chciałabym już na poważnie zagłębiać się w ten przesympatyczny język. Nie znaczy to, że zaniedbam inne języki. Wręcz przeciwnie, chciałabym wykorzystywać jak najlepiej każdy wolny czas.
Prawdopodobnie od października zacznę się uczyć jeszcze jednego (szóstego!!!) języka. Tak, oszalałam.
Na razie nie chcę jeszcze mówić jakiego, bo nic nie jest pewne, jednak jest to język z jednej strony dość "egzotyczny" dla mnie, a z drugiej nie całkiem obcy dla Polaków. Zapisanie się na taki kurs, to była spontaniczna decyzja. Zaważyła niska cena i chęć poznania czegoś całkiem innego. Zobaczę jak to wszystko się potoczy.
Na razie chcę wykorzystać te wakacje jak najlepiej i nauczyć się jak najwięcej się da :)!
Z jednej strony jestem bardzo szczęśliwa, że to wszystko jest już za mną, ale z drugiej... pewien rozdział w moim życiu zamknął się definitywnie. Już na pewno nie spotkamy się wszyscy w takiej grupie, w jakiej walczyliśmy o przetrwanie przez te trzy lata. Brak egzaminów nad głową powoduje pewne rozleniwienie u mnie. Kiedy uczyłam się na historię literatury włoskiej, myślałam sobie: : "Jakie to wszystko ciekawe! Jak tylko zdam wszystko, zabiorę się porządnie za literaturę XIX i XX wieku, przeczytam to na co nie miałam czasu w ciągu roku, z powodu natłoku zajęć. Przejrzę biografie pisarzy, których nie miałam uwzględnionych w trakcie zajęć". I co? I niestety jak na razie nic. Dobrze, obroniłam się dopiero w zeszłą sobotę (tj. 6.07) i mam jeszcze dużo czasu, jednak czuję, że to już nie jest to. Mam nadzieję, że kiedy odpocznę, to znów poczuję ten głód wiedzy, mimo braku przysłowiowego "bata" nad głową :).
Jak mój włoski po trzech latach? Nieźle, ale ciągle jest mnóstwo do zrobienia. Rozumiem wszystko, co do mnie mówią. Jeśli chodzi o czytanie, to zależy od książki. Są takie, które pochłaniam jakby były po polsku, a inne sprawiają mi jeszcze problemy. Czuję, że powinnam nad tym popracować, ale zrobię to z wielką przyjemnością. Powinnam też "rozpracować" jakąś książkę, tak jak Harrego Pottera po angielsku i zapisać do Anki nieznane mi słówka. Widzę, że taka metoda może nie polepsza naszego języka mówionego (bo jednak takich słów nie używa się na co dzień), ale niezwykle wzbogaca nasze słownictwo pasywne. A takich słów mi jeszcze brakuje w moim włoskim. Teraz mówienie... W ogóle się nie przygotowałam do mojego egzaminu ustnego (z którego dostałam 4.5). Kiedy podchwycę temat to mówię, mówię i mówię. Czuję jednak, że nie jest to wypowiedź wolna od błędów. A ja nienawidzę robić błędów! Może pięć lat temu byłabym zachwycona moim poziomem, ale już nie teraz. Cel to mówić bez błędów, na każdy temat, o każdej porze :).
Jak wykorzystam swoją wolność? Zaczęłam się uczyć nowego języka (jakby cztery, to było już mało). Jest to szwedzki. Pierwsze "zrywy" mam już od lutego, jednak teraz chciałabym już na poważnie zagłębiać się w ten przesympatyczny język. Nie znaczy to, że zaniedbam inne języki. Wręcz przeciwnie, chciałabym wykorzystywać jak najlepiej każdy wolny czas.
Prawdopodobnie od października zacznę się uczyć jeszcze jednego (szóstego!!!) języka. Tak, oszalałam.
Na razie nie chcę jeszcze mówić jakiego, bo nic nie jest pewne, jednak jest to język z jednej strony dość "egzotyczny" dla mnie, a z drugiej nie całkiem obcy dla Polaków. Zapisanie się na taki kurs, to była spontaniczna decyzja. Zaważyła niska cena i chęć poznania czegoś całkiem innego. Zobaczę jak to wszystko się potoczy.
Na razie chcę wykorzystać te wakacje jak najlepiej i nauczyć się jak najwięcej się da :)!
niedziela, 16 września 2012
Fascynacja... a potem miłość!
Oczywiście miłość do języka :). Chciałabym się z Wami podzielić moimi przemyśleniami na temat uczuć, które towarzyszą mi przy nauce języków. Opiszę to na przykładzie włoskiego. Ten język uwielbiam w zasadzie od dzieciństwa, bo kiedy byłam małym dzieckiem wujek puszczał mi kasetę wideo z teledyskami po włosku. Nie wiem skąd ją miał, pamiętam tylko jaka byłam zachwycona muzyką i językiem, z którego nic nie rozumiałam. Wtedy jeszcze nie myślałam o tym, że kiedyś będę się go chciała nauczyć. Trudno, żeby 8-letni brzdąc myślał takimi kategoriami. Dopiero w liceum narodziła mi się taka myśl w głowie, że może warto by spróbować? I zaczęłam, dokładnie w czerwcu po maturach. Przez długi czas czułam "motylki w brzuchu" kiedy słyszałam włoski. Najbardziej kiedy słuchałam muzyki lub próbowałam oglądać telewizję (a raczej biernie słuchałam, ponieważ nie byłam w stanie zrozumieć niczego). Te ciarki na plecach pojawiały się za każdym razem. Czy nie jest tak, kiedy poznajemy kogoś kto bardzo nam się spodobał? Jest fascynacja, tajemnica i chęć poznania. Chce się więcej i więcej! To jest piękny czas, ale nie trwa wiecznie. Czy to źle? Myślę, że nie bo taka jest kolej rzeczy. Więc co następuje po tej fascynacji, jeśli się dobrze dba o związek? Miłość! Prawdziwa, wielka i na zawsze :). Znamy się z włoskim już bardzo dobrze, czujemy się ze sobą pewnie i jesteśmy szczęśliwi. Mogę oglądać telewizję, czytać książki, rozmawiać z ludźmi i przychodzi mi to z łatwością. Wiem, że mogę na niego liczyć, że mnie nie zawiedzie. Podczas okresu fascynacji nie mogłam być tego taka pewna. Ciągle jest coś nowego do odkrycia, więc nie nudzimy się ze sobą. Oczywiście, że czasami tęsknię za tymi "motylkami", dlatego włączając sobie jakąś starą piosenkę przywołuję te chwile, kiedy jeszcze nie byliśmy tak blisko :). Zdecydowanie wolę tę fazę w naszym związku!
Teraz mam nową fascynację. Włoski nie jest o nią zazdrosny, ponieważ mi ufa i wie, że go nie zostawię ;).
To język fiński. I znowu są ciarki, motylki i tajemnica do odkrycia. Po trochu się poznajemy. Cieszę się tymi chwilami i je doceniam, bo wiem że już niedługo wkroczymy w nową fazę naszego związku. I czekam na to z niecierpliwością!
W prawdziwym życiu nie uznaję poligamii, jednak w świecie języków mogę sobie na nią pozwolić ;). Dlatego po fińskim przyjdą kiedyś nowe fascynacje i to jest cudowne w nauce. Kocham uczyć się języków!
PS Kiedy myślę o angielskim, to bardziej traktuję go jako członka rodziny niż ukochanego. Kocham go, ale tak jakby "z urzędu" :). Został mi narzucony przez szkołę, światowe wymogi itp.
Z rosyjskim się przyjaźnimy (też został narzucony przez szkołę, chociaż sama ją wybrałam). Jednak jesteśmy na dobrej drodze! Kiedyś była fascynacja, potem zniechęcenie ale teraz czuję, że pozytywne uczucia wracają. Zobaczymy co się rozwinie z tego związku :)
Teraz mam nową fascynację. Włoski nie jest o nią zazdrosny, ponieważ mi ufa i wie, że go nie zostawię ;).
To język fiński. I znowu są ciarki, motylki i tajemnica do odkrycia. Po trochu się poznajemy. Cieszę się tymi chwilami i je doceniam, bo wiem że już niedługo wkroczymy w nową fazę naszego związku. I czekam na to z niecierpliwością!
W prawdziwym życiu nie uznaję poligamii, jednak w świecie języków mogę sobie na nią pozwolić ;). Dlatego po fińskim przyjdą kiedyś nowe fascynacje i to jest cudowne w nauce. Kocham uczyć się języków!
PS Kiedy myślę o angielskim, to bardziej traktuję go jako członka rodziny niż ukochanego. Kocham go, ale tak jakby "z urzędu" :). Został mi narzucony przez szkołę, światowe wymogi itp.
Z rosyjskim się przyjaźnimy (też został narzucony przez szkołę, chociaż sama ją wybrałam). Jednak jesteśmy na dobrej drodze! Kiedyś była fascynacja, potem zniechęcenie ale teraz czuję, że pozytywne uczucia wracają. Zobaczymy co się rozwinie z tego związku :)
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Projekt "Harry Potter"
Po przeczytaniu ebooka "Naturalna nauka języka"- David Snopek (swoją drogą polecam serdecznie!), o którym już na pewno słyszeliście, postanowiłam sama przeprowadzić na sobie podobny eksperyment.
Wybrałam książkę Rowling nie dlatego, że była polecana w tym ebooku, ale dlatego że to jedna z moich ukochanych powieści. Czytałam ją już i po polsku i po angielsku (wszystkie części). Znam tę historię na pamięć, ale ciągle mi mało :). Czułam, że taki projekt pozwoli mi poznać jeszcze lepiej Harrego Pottera (wiem, jestem dzieckiem).
Nie powtarzałam każdego kroku Davida, ale spróbowałam znaleźć własny sposób nauki, dlatego zmodyfikowałam parę punktów wiedząc, że coś w moim przypadku zadziała lepiej. Nie od dziś uczę się języków i już zdążyłam poznać swoje mocne i słabe strony.
Do projektu potrzebna mi była książka po angielsku, audiobook, zeszyt na słówka i program anki. Czytam rozdział i zapisuję KAŻDE słowo, którego nie znam. To jest w tym najważniejsze. Mogę sobie na to pozwolić, ponieważ czytając pierwszy raz "Kamień filozoficzny" rozumiałam wszystko, czasem tylko z kontekstu, ale nie musiałam nigdy używać słownika. Teraz tylko pogłębiam to zrozumienie i wzbogacam słownictwo. Myślę, że gdybym mniej rozumiała, zajęłoby mi to więcej czasu i szybko bym się zniechęciła. A tak, z każdego rozdziału wychodzi mi ok. 30-40 słówek, co jest liczbą do przyjęcia. Każde nieznane słowo zapisuję do anki i do zeszytu, dlatego że lubię je mieć również w wersji papierowej ;). Lepiej mi się wtedy zapamiętuje, ponieważ w ciągu dnia zawsze mogę zajrzeć do zeszytu i przypomnieć sobie co nieco. W zeszycie również wpisuję tytuł rozdziału, z którego są dane słówka i ich liczbę. Niestety moja książka jest w wersji elektronicznej, więc nie mogę podkreślać nieznanych słów, by potem do nich wracać i utrwalać. Ale kto wie, może zakupię sobie również wersję papierową. Po przeczytaniu całego rozdziału słucham audiobooka, zwracając szczególną uwagę na słowa, które sobie wypisałam.Opracowanie całego rozdziału zajmuje mi jeden, dwa dni.
Jak mi idzie? Świetnie! Nie spodziewałam się, że to będzie aż taka frajda dla mnie. Po prostu nie mogę się doczekać, kiedy znów wrócę do książki. Czasem muszę sama siebie stopować i nie czytać dalej, by nie zasypać się ogromną liczbą słówek, ponieważ mogą mnie przytłoczyć. Jednak bardzo szybko mi wchodzą do głowy, nawet na ostatnich zajęciach spotkałam jedno i jako jedyna z grupy znałam jego znaczenie :). Jestem zachwycona tą metodą i już (raczej na wyrost) planuję tak przerobić wszystkie części. Myślę, że kluczem do sukcesu jest w tym przypadku wybór książki. Jak już wcześniej wspomniałam, uwielbiam całą serię Harrego Pottera i ta metoda pozwala mi poznać ją jeszcze lepiej. Może to dziecinne myślenie, ale jak na razie skuteczne. Każdy może wybrać sobie inną książkę też inny język, ale myślę że powinna to być ta ukochana, ulubiona. Wtedy ma się większą motywację by iść dalej i dalej, nawet jak się już zna historię :).
Wybrałam książkę Rowling nie dlatego, że była polecana w tym ebooku, ale dlatego że to jedna z moich ukochanych powieści. Czytałam ją już i po polsku i po angielsku (wszystkie części). Znam tę historię na pamięć, ale ciągle mi mało :). Czułam, że taki projekt pozwoli mi poznać jeszcze lepiej Harrego Pottera (wiem, jestem dzieckiem).
Nie powtarzałam każdego kroku Davida, ale spróbowałam znaleźć własny sposób nauki, dlatego zmodyfikowałam parę punktów wiedząc, że coś w moim przypadku zadziała lepiej. Nie od dziś uczę się języków i już zdążyłam poznać swoje mocne i słabe strony.
Do projektu potrzebna mi była książka po angielsku, audiobook, zeszyt na słówka i program anki. Czytam rozdział i zapisuję KAŻDE słowo, którego nie znam. To jest w tym najważniejsze. Mogę sobie na to pozwolić, ponieważ czytając pierwszy raz "Kamień filozoficzny" rozumiałam wszystko, czasem tylko z kontekstu, ale nie musiałam nigdy używać słownika. Teraz tylko pogłębiam to zrozumienie i wzbogacam słownictwo. Myślę, że gdybym mniej rozumiała, zajęłoby mi to więcej czasu i szybko bym się zniechęciła. A tak, z każdego rozdziału wychodzi mi ok. 30-40 słówek, co jest liczbą do przyjęcia. Każde nieznane słowo zapisuję do anki i do zeszytu, dlatego że lubię je mieć również w wersji papierowej ;). Lepiej mi się wtedy zapamiętuje, ponieważ w ciągu dnia zawsze mogę zajrzeć do zeszytu i przypomnieć sobie co nieco. W zeszycie również wpisuję tytuł rozdziału, z którego są dane słówka i ich liczbę. Niestety moja książka jest w wersji elektronicznej, więc nie mogę podkreślać nieznanych słów, by potem do nich wracać i utrwalać. Ale kto wie, może zakupię sobie również wersję papierową. Po przeczytaniu całego rozdziału słucham audiobooka, zwracając szczególną uwagę na słowa, które sobie wypisałam.Opracowanie całego rozdziału zajmuje mi jeden, dwa dni.
Jak mi idzie? Świetnie! Nie spodziewałam się, że to będzie aż taka frajda dla mnie. Po prostu nie mogę się doczekać, kiedy znów wrócę do książki. Czasem muszę sama siebie stopować i nie czytać dalej, by nie zasypać się ogromną liczbą słówek, ponieważ mogą mnie przytłoczyć. Jednak bardzo szybko mi wchodzą do głowy, nawet na ostatnich zajęciach spotkałam jedno i jako jedyna z grupy znałam jego znaczenie :). Jestem zachwycona tą metodą i już (raczej na wyrost) planuję tak przerobić wszystkie części. Myślę, że kluczem do sukcesu jest w tym przypadku wybór książki. Jak już wcześniej wspomniałam, uwielbiam całą serię Harrego Pottera i ta metoda pozwala mi poznać ją jeszcze lepiej. Może to dziecinne myślenie, ale jak na razie skuteczne. Każdy może wybrać sobie inną książkę też inny język, ale myślę że powinna to być ta ukochana, ulubiona. Wtedy ma się większą motywację by iść dalej i dalej, nawet jak się już zna historię :).
czwartek, 24 maja 2012
Moje materiały do finskiego po angielsku
Po długiej przerwie (spowodowanej natłokiem nauki na studiach, jak i lenistwem) chciałabym napisać obiecanego przeze mnie posta o materiałach, które używam a które nie są dostępne na naszym rynku. Jak już wspomniałam, trudno jest się uczyć fińskiego, bez znajomości angielskiego. W naszym języku dostaniemy tylko podstawy i to niekoniecznie solidne.
Pierwszym podręcznikiem, którego używam na co dzień jest "Kuulostaa hyvältä- sounds good". Dokładnie są to dwie grube książki i płyta DVD z filmikami, które są integralną częścią serii. Okładka wygląda tak:
Pierwszym podręcznikiem, którego używam na co dzień jest "Kuulostaa hyvältä- sounds good". Dokładnie są to dwie grube książki i płyta DVD z filmikami, które są integralną częścią serii. Okładka wygląda tak:
Dlaczego dwie książki? Nie są to dwa np. poziomy czy części, ale jeden tylko podzielony na dwa tomy. W pierwszym mamy transkrypcję dialogów z filmiku i ćwiczenia do lekcji, a w drugim teoria gramatyczna, słówka (podzielone na poszczególne lekcje, oraz indeks słów na końcu książki) i tłumaczenie dialogów na język angielski. Cóż, idea dość pokręcona i chaotyczna, ale ja już się przyzwyczaiłam i polubiłam :).
Do tego jak już wspomniałam są filmiki z bohaterami, którzy będą nam towarzyszyli przez całą naukę. Sama płyta jest też dość kosztownym zakupem, ale jak widzę wszystkie filmiki są dostępne na youtube. Niestety książki to też spory wydatek, bo ok. 25 euro za jeden tom (cena w Finlandii). Z tego co się orientuję, są też dostępne w języku niemieckim.
Co mogę powiedzieć o tej serii? Dla ambitnych! Jest naprawdę bardzo trudna! Ja jestem na jedenastym rozdziale (a jest ich 39) i ogarnięcie porządnie jednego, zajmuje mi sporo czasu. Jest naszpikowany słówkami (jednak bardzo użytecznymi z przykładowym użyciem w zdaniach) i gramatyką, w którą trzeba się dobrze wczytać, ponieważ jest napisana dość skomplikowanym angielskim. Całość oceniam bardzo pozytywnie, czuję, że ta książka da mi doskonałą bazę. W razie wątpliwość gramatycznych, szukam informacji w innych źródłach. Ćwiczenia są zróżnicowane, jednak zawsze jest uzupełnianie tekstu słowami, które wystąpiły w danej lekcji, oraz czytanie dłuższego tekstu. Wszystko to pomaga, utrwalić materiał. Chyba najsympatyczniejsze są filmiki, zawsze ci sami bohaterowie, których zdążymy polubić i żywy język fiński. Nie są zbyt profesjonalne, widać że robione w studiu ale bardzo urocze :).
Następna książka, z której korzystam nazywa się "From start to Finnish":
Ostatnią się z nią "przeprosiłam", ponieważ chcę się jak najwięcej nauczyć do lipca i z niej chyba pójdzie mi to szybciej niż z "Kuulostaa...". Jest bardzo zwięzła i klarownie napisana, jednak nie zagłębia się aż tak bardzo w temat. Doskonała dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z fińskim i nie chce się za bardzo przerazić na początek ;). Każda lekcja składa się z króciutkich dialogów (są dostępne na mp3), słówek, jasno wyłożonej gramatyki (bez językoznawczych wywodów) i paru ćwiczeń. Sama autorka pisze: "From start to finnish is not a complete course in Finnish. It will not tell you "everything you've ever wanted to know" about Finnish language but it will serve as a handy survival kit for everyday situations (...)". Ja mogę się tylko z tym zgodzić. Naprawdę polecam tę książkę.
Ta sama autorka (Leila White) napisała również podręcznik czysto gramatyczny, który też posiadam:
Dostałam ją w prezencie na początku nauki i przez dłuższy czas kurzyła się na półce, ponieważ uważałam że jest dla mnie za trudna jak na początek. Teraz zaczynam się przekonywać, że do doskonałe źródło wiedzy gramatycznej. Wszystko w jednym miejscu, napisane dość klarownie. Na pewno będzie mi służyła przez długie lata. Jednak nie polecam dla początkujących, ponieważ nie będzie za bardzo użyteczna.
Ostatnia książka, której używam to "Finnish for foreigners 1", która składa się z podręcznika z dialogami, słówkami i gramatyką, oraz zeszytu ćwiczeń. Również jest bardzo dobra dla początkujących.
Na plus przemawia właśnie ten dodatkowy zeszyt ćwiczeń, który doskonale utrwala materiał z danej lekcji. Podręcznik ma bardzo przejrzystą formę, dużo przykładów z gramatyki (są listy słów z podstawowymi końcówkami, co jest bardzo przydatne- każdy finomaniak się ze mną zgodzi), lecz wygląda trochę staro. Pierwsze wydanie było w latach sześćdziesiątych i nie wygląda na to, żeby szata graficzna bardzo się zmieniła od tamtego czasu. To nie koniecznie musi być wada, dzięki temu książka nie jest przeładowana niczemu nie służącymi obrazkami, a zawiera tylko esencję wiedzy. Niestety nie posiadam do niej plików mp3. Autorka napisała również drugą część tej książki, która z oczywistych względów jeszcze mi nie wpadła w ręce, ale kiedy już osiągnę jakiś zadowalający poziom to na pewno po nią sięgnę :).
To było na tyle jeśli chodzi o materiały po angielsku, których sama używam. Oczywiście w sieci można znaleźć jeszcze wiele innych, ale trudno mi się na ich temat wypowiadać. Jeśli ktoś próbował jeszcze czegoś innego i ma ochotę się pochwalić to zapraszam :). Próbowałam się uczyć z "Teach yourself Finnish" jednak jakoś się nie przekonałam do tego podręcznika. Nie i już, nawet nie wiem co, ale coś mnie od niego odrzuca. Może kiedyś wykorzystam go jako powtórkę, a może nie...
Mam nadzieję, że ten post będzie dla kogoś użyteczny :)
piątek, 6 kwietnia 2012
O materiałach do fińskiego po polsku
Chciałabym przedstawić wszystkim zainteresowanym nauką języka fińskiego materiały dostępne w naszym języku. Niestety nie ma tego dużo. Mogłabym nawet powiedzieć, że bez znajomości języka angielskiego ciężko byłoby się dobrze nauczyć fińskiego. To co oferują nasze rodzime wydawnictwa jest niestety dobre tylko na sam początek naszej drogi. Ale do rzeczy!
1) Po pierwsze potrzebujemy dobrego słownika. Słownik fińsko-polski i polsko-fiński jest dostępny w Wiedzy Powszechnej. Wygląda tak:
Jak autorzy napisali na okładce, jest to słownik minimum, posiada tylko 6 tys. słów. Taka pigułka, jednak jestem z niego zadowolona. Na razie znajduję tu większość słów, których szukam. Jeśli czegoś nie ma, mogę spróbować znaleźć tutaj: www.sanakirja.org. Tyle niestety musi wystarczyć na początek
2) Fiński- kurs podstawowy wydawnictwa Edgard. Wygląda tak:
Na pewno wiele osób zna te kursy do innych języków. Mi wpadł jeszcze w ręce szwedzki i wygląda bardzo podobnie jak ten do fińskiego. Pierwsze strony to ogólny opis języka, jego występowanie, ogólna charakterystyka, jak się go uczyć. Następnie mamy krótką gramatykę (do fińskiego zajmuje dziewięć stron) i potem zaczynają się lekcje, każda to konkretny temat (np. żywność, komunikacja, czas wolny). Do tego są dołączone płyty CD z nagranymi słówkami i zwrotami.
Cóż mogę powiedzieć o tej książeczce? Nie satysfakcjonuje mnie. Dla mnie wygląda jak trochę większe rozmówki. Gramatyki mamy tu jak na lekarstwo, raptem dziewięć malutkich stron, bez żadnych ćwiczeń utrwalających. Lekcje składają się z listy słówek do nauczenia i zdań nawiązujących do tematu (np. "Jestem głodna", "Kiedy odjeżdża najbliższy pociąg do Helsinek?"). Pomyślałam sobie, że chociaż płytka przyda mi się do nauki słówek ze słuchu, ale nie. Ktoś bardzo mądry zostawił ok. 1 sek przerwy między słówkiem polskim a fińskim. Nie zdążę nawet nacisnąć pauzy w mp3! Do czego może się nadać ta książeczka? Skoro już wydałam te 30 zł próbuję ją jakoś wykorzystać. Nadaje się idealnie do wpisywania do Anki :). Można znaleźć tu bardzo wiele słów z różnych grup tematycznych i nie trzeba ich szukać w słowniku. Ja np. ostatnio wpisałam sobie podstawowe części ciała. Podsumowując, z tej książeczki wiele się nie nauczymy, są same podstawy. Jednak może ona się komuś przydać do nauki słownictwa.
3) Fiński w 1 miesiąc wydawnictwa PONS:
Kolejna książka do fińskiego, którą można dostać w naszych księgarniach. Na początku jest wprowadzenie z ogólną charakterystyką tego języka. Potem mamy rozdziały: alfabet/wymowa, słownictwo, gramatyka i komunikacja, plus tabele gramatyczne na końcu książki. Również tutaj mamy listy tematyczne słówek (Anki!) oraz podstawowe zwroty komunikacyjne, plus ciekawostki językowe.
Kiedy zobaczyłam tę książkę po raz pierwszy w księgarni, to od razu musiałam ją mieć! Była zapakowana w pudełeczko, więc nie mogłam jej przejrzeć przed zakupem. Jednak nie żałuję. Można powiedzieć, że ma wszystko czego mi brakuje w "Fiński- kurs podstawowy". Gramatyki jest całkiem sporo, jest wyjaśniona w miarę jasno (co nie jest łatwe jeśli chodzi o ten piękny, aczkolwiek pokręcony język). I ma ćwiczenia! I to nie tylko do gramatyki, ale też do słówek. Patrząc teraz na nią, sama się zastanawiam dlaczego tak rzadko z niej korzystam. Chyba tylko dlatego, że skupiłam się na innych podręcznikach po angielsku (o których napiszę następnego posta) i nie zostaje mi już dużo czasu na tę pozycję, ponieważ są bardzo wymagające. Jednak niedługo spróbuję nad nią przysiąść, ponieważ naprawdę warto. Za stosunkowo niską cenę (ok. 40 zł) dostajemy całkiem bogaty podręcznik, który krok po kroku odsłania nam tajemnice fińskiego :).
I to by było na tyle jeśli chodzi o materiały do języka fińskiego po polsku. Jest jeszcze kurs ESKK, lecz nie mogę się wypowiadać na jego temat ponieważ go nie znam. Ale prawie 60 zł co miesiąc to za duży wydatek jak dla mnie. Ale może ktoś korzystał z tego kursu i może coś na ten temat się wypowiedzieć?
W następnym poście pokażę materiały angielskojęzyczne, z których korzystam na co dzień.
1) Po pierwsze potrzebujemy dobrego słownika. Słownik fińsko-polski i polsko-fiński jest dostępny w Wiedzy Powszechnej. Wygląda tak:
2) Fiński- kurs podstawowy wydawnictwa Edgard. Wygląda tak:
Na pewno wiele osób zna te kursy do innych języków. Mi wpadł jeszcze w ręce szwedzki i wygląda bardzo podobnie jak ten do fińskiego. Pierwsze strony to ogólny opis języka, jego występowanie, ogólna charakterystyka, jak się go uczyć. Następnie mamy krótką gramatykę (do fińskiego zajmuje dziewięć stron) i potem zaczynają się lekcje, każda to konkretny temat (np. żywność, komunikacja, czas wolny). Do tego są dołączone płyty CD z nagranymi słówkami i zwrotami.
Cóż mogę powiedzieć o tej książeczce? Nie satysfakcjonuje mnie. Dla mnie wygląda jak trochę większe rozmówki. Gramatyki mamy tu jak na lekarstwo, raptem dziewięć malutkich stron, bez żadnych ćwiczeń utrwalających. Lekcje składają się z listy słówek do nauczenia i zdań nawiązujących do tematu (np. "Jestem głodna", "Kiedy odjeżdża najbliższy pociąg do Helsinek?"). Pomyślałam sobie, że chociaż płytka przyda mi się do nauki słówek ze słuchu, ale nie. Ktoś bardzo mądry zostawił ok. 1 sek przerwy między słówkiem polskim a fińskim. Nie zdążę nawet nacisnąć pauzy w mp3! Do czego może się nadać ta książeczka? Skoro już wydałam te 30 zł próbuję ją jakoś wykorzystać. Nadaje się idealnie do wpisywania do Anki :). Można znaleźć tu bardzo wiele słów z różnych grup tematycznych i nie trzeba ich szukać w słowniku. Ja np. ostatnio wpisałam sobie podstawowe części ciała. Podsumowując, z tej książeczki wiele się nie nauczymy, są same podstawy. Jednak może ona się komuś przydać do nauki słownictwa.
3) Fiński w 1 miesiąc wydawnictwa PONS:
Kolejna książka do fińskiego, którą można dostać w naszych księgarniach. Na początku jest wprowadzenie z ogólną charakterystyką tego języka. Potem mamy rozdziały: alfabet/wymowa, słownictwo, gramatyka i komunikacja, plus tabele gramatyczne na końcu książki. Również tutaj mamy listy tematyczne słówek (Anki!) oraz podstawowe zwroty komunikacyjne, plus ciekawostki językowe.
Kiedy zobaczyłam tę książkę po raz pierwszy w księgarni, to od razu musiałam ją mieć! Była zapakowana w pudełeczko, więc nie mogłam jej przejrzeć przed zakupem. Jednak nie żałuję. Można powiedzieć, że ma wszystko czego mi brakuje w "Fiński- kurs podstawowy". Gramatyki jest całkiem sporo, jest wyjaśniona w miarę jasno (co nie jest łatwe jeśli chodzi o ten piękny, aczkolwiek pokręcony język). I ma ćwiczenia! I to nie tylko do gramatyki, ale też do słówek. Patrząc teraz na nią, sama się zastanawiam dlaczego tak rzadko z niej korzystam. Chyba tylko dlatego, że skupiłam się na innych podręcznikach po angielsku (o których napiszę następnego posta) i nie zostaje mi już dużo czasu na tę pozycję, ponieważ są bardzo wymagające. Jednak niedługo spróbuję nad nią przysiąść, ponieważ naprawdę warto. Za stosunkowo niską cenę (ok. 40 zł) dostajemy całkiem bogaty podręcznik, który krok po kroku odsłania nam tajemnice fińskiego :).
I to by było na tyle jeśli chodzi o materiały do języka fińskiego po polsku. Jest jeszcze kurs ESKK, lecz nie mogę się wypowiadać na jego temat ponieważ go nie znam. Ale prawie 60 zł co miesiąc to za duży wydatek jak dla mnie. Ale może ktoś korzystał z tego kursu i może coś na ten temat się wypowiedzieć?
W następnym poście pokażę materiały angielskojęzyczne, z których korzystam na co dzień.
piątek, 9 marca 2012
Ciągła, niezaspokojona ambicja
Mam wrażenie, że jestem ciągle niezadowolona z mojego poziomu językowego. Pamiętam, jak zaczęłam na poważnie uczyć się angielskiego (w drugiej klasie liceum) i marzyłam o tym, aby osiągnąć taki poziom by móc się jakoś dogadać. Z zazdrością patrzyłam na mojego tatę, który był w stanie pracować w Austrii i komunikować się w języku niemieckim ze swoimi pracodawcami, jak i z ludźmi na ulicy. Nie byłam sobie w stanie wyobrazić jak to jest znać na tyle język, by być w stanie (nawet nie znając jakiegoś słowa) dogadać się. Po prostu nie mieściło mi się to w głowie i wyobrażałam to sobie jako jakąś "mistyczną" wiedzę, której nigdy nie osiągnę, lub osiągając ją będę mogła już powiedzieć że znam język.
Okazało się, że to wcale mi nie wystarcza i nie zaspokaja moich ambicji. To taki początek, który daje "kopa" do dalszej nauki. Wspaniale, że człowiek jest się w stanie komunikować, jednak dla mnie zostaje taki niedosyt. Używam ciągle tych samych słów, nie jestem w stanie zrozumieć programów telewizyjnych czy przeczytać książki w oryginale. Wtedy myślę sobie, że chciałabym umieć tak dobrze język, by rozumieć większość informacji, które do mnie docierają bez problemu, czytać książki (nieznane słowa zrozumieć z kontekstu). Osiągam ten poziom (udało mi się to z angielskiego i włoskiego) i... dalej nie jestem z siebie zadowolona! Ciągle mi czegoś (w moim mniemaniu) brakuje. Jestem w stanie dyskutować prawie na każdy temat, ale czuję że używam ciągle tych samych słów. Moja znajomość pasywna słownictwa jest całkiem duża, jednak podczas dyskusji gdzieś mi one uciekają. Oglądam telewizję, jednak nie zawsze jestem w stanie zrozumieć wszystkiego, np. mam spore trudności z wiadomościami w obcym języku. I znów nie jestem z siebie do końca zadowolona. Oczywiście widzę jak dużo osiągnęłam na przestrzeni lat, jednak kiedyś wydawało mi się, że osiągnięcie pewnego poziomu językowego wystarczy. Może komuś tak, ale ja mam jeszcze dużo roboty przed sobą :).
Teraz znowu się oszukuję, że chciałabym z fińskiego po prostu móc się komunikować, mówić prostymi zdaniami, że to mnie zadowoli. Wiem jednak, że kiedy już to osiągnę (czuję w kościach, że to będzie całkiem niedługo!) będę czuła ten niedosyt, głód wiedzy. Chyba to jest właśnie takie fajne w nauce języków, że jest zawsze coś co można poprawić, udoskonalić. Jedyny minus jaki widzę, to taki że zaczynając całkiem nowy język od zera, można się przerazić ilością czasu jaki trzeba będzie mu poświęcić. Jednak osiągając pewien poziom z jednego języka, można być pewnym, że i z następnego to się uda. W końcu jeśli dałam radę z włoskim, to dlaczego ma mi się nie udać z fińskim :)?
Okazało się, że to wcale mi nie wystarcza i nie zaspokaja moich ambicji. To taki początek, który daje "kopa" do dalszej nauki. Wspaniale, że człowiek jest się w stanie komunikować, jednak dla mnie zostaje taki niedosyt. Używam ciągle tych samych słów, nie jestem w stanie zrozumieć programów telewizyjnych czy przeczytać książki w oryginale. Wtedy myślę sobie, że chciałabym umieć tak dobrze język, by rozumieć większość informacji, które do mnie docierają bez problemu, czytać książki (nieznane słowa zrozumieć z kontekstu). Osiągam ten poziom (udało mi się to z angielskiego i włoskiego) i... dalej nie jestem z siebie zadowolona! Ciągle mi czegoś (w moim mniemaniu) brakuje. Jestem w stanie dyskutować prawie na każdy temat, ale czuję że używam ciągle tych samych słów. Moja znajomość pasywna słownictwa jest całkiem duża, jednak podczas dyskusji gdzieś mi one uciekają. Oglądam telewizję, jednak nie zawsze jestem w stanie zrozumieć wszystkiego, np. mam spore trudności z wiadomościami w obcym języku. I znów nie jestem z siebie do końca zadowolona. Oczywiście widzę jak dużo osiągnęłam na przestrzeni lat, jednak kiedyś wydawało mi się, że osiągnięcie pewnego poziomu językowego wystarczy. Może komuś tak, ale ja mam jeszcze dużo roboty przed sobą :).
Teraz znowu się oszukuję, że chciałabym z fińskiego po prostu móc się komunikować, mówić prostymi zdaniami, że to mnie zadowoli. Wiem jednak, że kiedy już to osiągnę (czuję w kościach, że to będzie całkiem niedługo!) będę czuła ten niedosyt, głód wiedzy. Chyba to jest właśnie takie fajne w nauce języków, że jest zawsze coś co można poprawić, udoskonalić. Jedyny minus jaki widzę, to taki że zaczynając całkiem nowy język od zera, można się przerazić ilością czasu jaki trzeba będzie mu poświęcić. Jednak osiągając pewien poziom z jednego języka, można być pewnym, że i z następnego to się uda. W końcu jeśli dałam radę z włoskim, to dlaczego ma mi się nie udać z fińskim :)?
środa, 11 stycznia 2012
Fiński, czyli od powieści do miłości
Tytuł mojego posta może wydawać się dziwny czy niezrozumiały, ale zaraz wszystko wyjaśnię. Chciałam dziś napisać skąd wzięła się moja miłość i fascynacja do języka fińskiego jak i całej Finlandii.
A zaczęła się dość wcześnie, bo kiedy miałam ok. 13 lat wpadła mi w rękę pewna książka. Żaden to bestseller, klasyk, w zasadzie nie jest znana szerszej publiczności. Była dodana do gazety i przeczytałam ją tylko dlatego, że nudziłam się w deszczowe dni nad jeziorem. Okazało się, że to będzie najcudowniejsza książka z jaką spotkałam się w życiu. Albo lepiej, najcudowniejsza opowieść ponieważ ten cykl składa się aż z... 40 tomów!
Jest zatytułowany "Raija ze śnieżnej krainy" (tak, to właśnie stąd pochodzi mój nick), i mimo, że akcja rozgrywa się głównie w Norwegii, to główna bohaterka jest Finką i cały czas gdzieś tam jest wspominany ten kraj. Opisy przyrody, ludzi, języka. Nie chcę tutaj nikomu polecać tej książki, tylko pokazać że czasem jakaś powieść może obudzić w nas coś, czego byśmy się nawet nie spodziewali.
I tak zaczęła się fascynacja Finlandią. Wycinałam wszystkie zdjęcia jakie znalazłam w gazecie i wyklejałam nimi ściany w pokoju i marzyłam o podróży do tego kraju. Gdzieś tam w mojej dziecięcej głowie pojawiła się myśl, żeby zacząć uczyć się fińskiego, ale szybko ją porzucałam. W tamtym czasie nie byłam w stanie nauczyć się nawet angielskiego, a co dopiero mówić o tak "egzotycznym" języku. Zresztą skąd mogłabym wziąć jakiekolwiek materiały?
I tak lata mijały, zaczęłam się intensywnie i na poważnie uczyć innych języków i po pewnym czasie znowu powracała ta myśl, że fiński to bardzo piękny język. I znowu wygrywała "praktyczna ja", bo czy kiedykolwiek będę miała okazję użyć fińskiego? Lepiej zainwestować czas i energię w jakiś bardziej użyteczny język.
Życie jednak lubi zaskakiwać i postawiło mi na drodze pewnego Fina (dokładnie pół Fina), z którym chcę spędzić resztę życia. Przy takim obrocie spraw po prostu musiałam się zacząć uczyć fińskiego :). Najwidoczniej los tak chciał!
Na wakacje miałam okazję odwiedzić Helsinki i jestem oczarowana tym miastem. I kocham saunę, chociaż początkowo byłam do niej nastawiona sceptycznie. Trudno mi było uwierzyć, że można wysiedzieć w tak wysokiej temperaturze. Jednak da się i działa to bardzo oczyszczająco na ciało i duszę ;). Marzy mi się jeszcze podróż w głąb kraju, ale wszystko przede mną. Teraz skupiam się na nauce fińskiego, by w końcu zobaczyć jakieś efekty. Na razie jest to jak uderzanie głową w mur, jednak ja się nigdy nie poddaję i będę brnęła do przodu, aż się nauczę.
Mój fiński- od powieści do miłości. Przed przeznaczeniem nie da się uciec :)
A zaczęła się dość wcześnie, bo kiedy miałam ok. 13 lat wpadła mi w rękę pewna książka. Żaden to bestseller, klasyk, w zasadzie nie jest znana szerszej publiczności. Była dodana do gazety i przeczytałam ją tylko dlatego, że nudziłam się w deszczowe dni nad jeziorem. Okazało się, że to będzie najcudowniejsza książka z jaką spotkałam się w życiu. Albo lepiej, najcudowniejsza opowieść ponieważ ten cykl składa się aż z... 40 tomów!
Jest zatytułowany "Raija ze śnieżnej krainy" (tak, to właśnie stąd pochodzi mój nick), i mimo, że akcja rozgrywa się głównie w Norwegii, to główna bohaterka jest Finką i cały czas gdzieś tam jest wspominany ten kraj. Opisy przyrody, ludzi, języka. Nie chcę tutaj nikomu polecać tej książki, tylko pokazać że czasem jakaś powieść może obudzić w nas coś, czego byśmy się nawet nie spodziewali.
I tak zaczęła się fascynacja Finlandią. Wycinałam wszystkie zdjęcia jakie znalazłam w gazecie i wyklejałam nimi ściany w pokoju i marzyłam o podróży do tego kraju. Gdzieś tam w mojej dziecięcej głowie pojawiła się myśl, żeby zacząć uczyć się fińskiego, ale szybko ją porzucałam. W tamtym czasie nie byłam w stanie nauczyć się nawet angielskiego, a co dopiero mówić o tak "egzotycznym" języku. Zresztą skąd mogłabym wziąć jakiekolwiek materiały?
I tak lata mijały, zaczęłam się intensywnie i na poważnie uczyć innych języków i po pewnym czasie znowu powracała ta myśl, że fiński to bardzo piękny język. I znowu wygrywała "praktyczna ja", bo czy kiedykolwiek będę miała okazję użyć fińskiego? Lepiej zainwestować czas i energię w jakiś bardziej użyteczny język.
Życie jednak lubi zaskakiwać i postawiło mi na drodze pewnego Fina (dokładnie pół Fina), z którym chcę spędzić resztę życia. Przy takim obrocie spraw po prostu musiałam się zacząć uczyć fińskiego :). Najwidoczniej los tak chciał!
Na wakacje miałam okazję odwiedzić Helsinki i jestem oczarowana tym miastem. I kocham saunę, chociaż początkowo byłam do niej nastawiona sceptycznie. Trudno mi było uwierzyć, że można wysiedzieć w tak wysokiej temperaturze. Jednak da się i działa to bardzo oczyszczająco na ciało i duszę ;). Marzy mi się jeszcze podróż w głąb kraju, ale wszystko przede mną. Teraz skupiam się na nauce fińskiego, by w końcu zobaczyć jakieś efekty. Na razie jest to jak uderzanie głową w mur, jednak ja się nigdy nie poddaję i będę brnęła do przodu, aż się nauczę.
Mój fiński- od powieści do miłości. Przed przeznaczeniem nie da się uciec :)
środa, 28 grudnia 2011
Językowe postanowienia na 2012
Nie będąc oryginalna postanowiłam napisać swoje postanowienia na nadchodzący rok. Chętnie do nich wrócę za rok i zobaczę co udało mi się zrealizować.
Jako, że do języków nikt mnie nie musi przymuszać i to jest moja pasja to wiem na pewno, że w 2012 będę się ich uczyła. Moje postanowienia dotyczą bardziej tego, na czym powinnam się skupić bardziej.
Wloski: jako, że z tym językiem mam najwięcej kontaktu trudno jest mi coś konkretnego postanawiać. Rok temu załozyłam sobie, że zacznę czytać w tym języku i cel został osiągnięty (kryminały!). Sprawia mi to teraz taką frajdę, że nie muszę sie do tego przymuszać wiem, że w 2012 będę dalej kontynuowała czytanie. Powinnam skupić się na mówieniu, jako że mam doskonałe warunki do tego. Niestety zawsze sporowadza się do rozmawiania ciągle o tym samym, więc nic się nie rozwijam (w moim mniemaniu). Także w tym roku konwersacje na różne tematy i wzbogacanie słownictwa.
Dzięki temu, że spędzam Świeta we Włoszech oglądam bardzo dużo telewizji i jestem z siebie dumna jak dużo już rozumiem! Jako fanka bajek obejrzałam już: "Dzwonnik z Notre Dame" (Il gobbo di Notre Dame), "Mała Syrenka" (La Sineretta), Mulan i Pocahontas. Do tego prawie codziennie teleturnieje.
Angielski: również tutaj trudno mi coś postanawiać. Po prostu będę uczyła się słownictwa z English Extreme i tego, co będę miała na studiach. Plus jakieś książki po angielsku (teraz kończę Harrego Pottera, a potem planuję "The Dark Tower" Stephena Kinga). Plus miłoby było zrobić "Inglese Perfezionamento" Assimila.
Rosyjski: skończyć całą serię Super Memo (co powinno się udać do wakacji). Potem zacząć sięgać po "żywe" materiały. Chciałabym zacząć coś czytać i skupić się też trochę na gramatyce, bo na razie wszystko jest bardziej intuicyjne. Najważniejsze, żebym nie robiła sobie żadnej przerwy z tym językiem.
Fiński: tu jest najwięcej do zrobienia. Chciałabym, żeby rok 2012 był przełomowy, żebym z nierozumienia przeszła w rozumienie. Wiem, że to nie jest kwestia "chcenia" i że to przychodzi samo, ale czuję pod skórą że to właśnie ten czas. Może na przyszłe wakacje znowu uda nam się wybrać do Finlandii, więc chciałabym już troszkę mówić, a nie milczeć albo odpowiadać po angielsku.
Także nadchodzący rok będzie rokiem fińskim ;)
I ostatnie postanowienie: nie zaczynać nowego języka! Najłatwiej zacząć coś nowego co jest fascynujące, tajemnicze i... nowe. Niestety życie pokazuje, że nie na wszystko jest czas. W tym roku powinnam skupić się na czterech językach i nie dodawać niczego nowego. Tak więc svenska musi poczekać do 2013 (jeśli nie będzie końca świata ;) ).
Zobaczymy jaki będzie ten nadchodzący rok i co z tego uda mi się osiągnąć.
Jako, że do języków nikt mnie nie musi przymuszać i to jest moja pasja to wiem na pewno, że w 2012 będę się ich uczyła. Moje postanowienia dotyczą bardziej tego, na czym powinnam się skupić bardziej.
Wloski: jako, że z tym językiem mam najwięcej kontaktu trudno jest mi coś konkretnego postanawiać. Rok temu załozyłam sobie, że zacznę czytać w tym języku i cel został osiągnięty (kryminały!). Sprawia mi to teraz taką frajdę, że nie muszę sie do tego przymuszać wiem, że w 2012 będę dalej kontynuowała czytanie. Powinnam skupić się na mówieniu, jako że mam doskonałe warunki do tego. Niestety zawsze sporowadza się do rozmawiania ciągle o tym samym, więc nic się nie rozwijam (w moim mniemaniu). Także w tym roku konwersacje na różne tematy i wzbogacanie słownictwa.
Dzięki temu, że spędzam Świeta we Włoszech oglądam bardzo dużo telewizji i jestem z siebie dumna jak dużo już rozumiem! Jako fanka bajek obejrzałam już: "Dzwonnik z Notre Dame" (Il gobbo di Notre Dame), "Mała Syrenka" (La Sineretta), Mulan i Pocahontas. Do tego prawie codziennie teleturnieje.
Angielski: również tutaj trudno mi coś postanawiać. Po prostu będę uczyła się słownictwa z English Extreme i tego, co będę miała na studiach. Plus jakieś książki po angielsku (teraz kończę Harrego Pottera, a potem planuję "The Dark Tower" Stephena Kinga). Plus miłoby było zrobić "Inglese Perfezionamento" Assimila.
Rosyjski: skończyć całą serię Super Memo (co powinno się udać do wakacji). Potem zacząć sięgać po "żywe" materiały. Chciałabym zacząć coś czytać i skupić się też trochę na gramatyce, bo na razie wszystko jest bardziej intuicyjne. Najważniejsze, żebym nie robiła sobie żadnej przerwy z tym językiem.
Fiński: tu jest najwięcej do zrobienia. Chciałabym, żeby rok 2012 był przełomowy, żebym z nierozumienia przeszła w rozumienie. Wiem, że to nie jest kwestia "chcenia" i że to przychodzi samo, ale czuję pod skórą że to właśnie ten czas. Może na przyszłe wakacje znowu uda nam się wybrać do Finlandii, więc chciałabym już troszkę mówić, a nie milczeć albo odpowiadać po angielsku.
Także nadchodzący rok będzie rokiem fińskim ;)
I ostatnie postanowienie: nie zaczynać nowego języka! Najłatwiej zacząć coś nowego co jest fascynujące, tajemnicze i... nowe. Niestety życie pokazuje, że nie na wszystko jest czas. W tym roku powinnam skupić się na czterech językach i nie dodawać niczego nowego. Tak więc svenska musi poczekać do 2013 (jeśli nie będzie końca świata ;) ).
Zobaczymy jaki będzie ten nadchodzący rok i co z tego uda mi się osiągnąć.
wtorek, 13 grudnia 2011
Filologia- czy to dobry wybór dla maniaka językowego?
Prawie każda osoba, która pasjonuje się językami i planuje coś studiować, nie wyobraża sobie innego kierunku jak właśnie filologia. Marzymy sobie o tym jak to będzie cudownie studiować to co kochamy i jak dużo się nauczymy. Niektórzy uważają nawet, że na takich kierunkach można najlepiej nauczyć się danego języka. Sama miałam przez jakiś czas takie wyobrażenie. A jak jest w rzeczywistości?
Obecnie studiuję italianistykę, a w swoim życiu miałam krótką przygodę z rusycystyką. Pierwsze co trzeba sobie uświadomić jest to, że filologia to nie jest kurs językowy. Nawet nie chodzi o to, że wiedzy nikt nam nie wtłoczy sam do głowy, co jest logiczne. Problem jest w tym, że "czystej" nauki języka jest tam mało. Owszem, więcej niż na tradycyjnym kursie językowym czy w szkole, bo praktyczna nauka języka jest podzielona na parę ćwiczeń (takich jak pisanie, mówienie, czytanie czy słuchanie- różnie to wygląda). Jednak najwięcej jest przedmiotów pobocznych takich jak literaturoznawstwo, językoznawstwo, wszelkie przedmioty dotyczące kultury, języka czy też literatury danego kraju (obszaru językowego). I tu właśnie dochodzimy do sedna. Wybierając filologię powinniśmy się głęboko zastanowić, czy dana kultura naprawdę nas fascynuje, czy może wybieramy ją tylko dlatego że język bardzo nam się podoba. Jeśli wszystko rozchodzi się tylko o język to lepiej sobie odpuścić, bo będzie nam naprawdę ciężko i to wszystko może doprowadzić nawet do tego, że już nie będziemy mogli na niego patrzeć i go słuchać.
Miałam tak niestety z rosyjskim. Język sam w sobie bardzo mi się podobał, jednak nie byłam wielką maniaczką wszystkiego co rosyjskie, ot po prostu sympatycznie mi się go uczyło w szkole to pomyślałam, że to będzie dobry wybór. Niestety życie pokazało, że filologia to nie tylko przyjemna nauka języka ("przecież ja kocham uczyć się języków, dam radę!"), ale też masa rzeczy, które nigdy do niczego mi się nie przydadzą (jak na każdym kierunku) i wykładowcy, którzy niekoniecznie lubią swoją pracę. Gdybym naprawdę miała motywację i tę fascynację w sobie to dałabym spokojnie radę i studia byłyby dla mnie przyjemnością. Niestety wybrałam złą filologię i przez około dwa lata miałam wstręt do tego języka. Dopiero od niedawna wróciła do mnie sympatia do rosyjskiego i nadrabiam wszystko to, co zapomniałam przez ten czas.
Inna sprawa ma się z italianistyką. Kraj i jego kultura ciekawiły mnie od dłuższego czasu, więc łatwiej jest mi pokonywać wszelkie trudności. I żaden wykładowca nie zabije we mnie miłości do włoskiego! Nie ma na to szans :).
Podsumowując: filologia dla maniaka językowego jak najbardziej tak, ale dla takiego, który zdaje sobie sprawę czym jest ten kierunek. Pozbywając się fałszywych złudzeń i oczekiwań będziemy z przyjemnością studiowali to, co nam się podoba. Ja życzę wszystkim dobrych wyborów, nie tylko językowych :)
Obecnie studiuję italianistykę, a w swoim życiu miałam krótką przygodę z rusycystyką. Pierwsze co trzeba sobie uświadomić jest to, że filologia to nie jest kurs językowy. Nawet nie chodzi o to, że wiedzy nikt nam nie wtłoczy sam do głowy, co jest logiczne. Problem jest w tym, że "czystej" nauki języka jest tam mało. Owszem, więcej niż na tradycyjnym kursie językowym czy w szkole, bo praktyczna nauka języka jest podzielona na parę ćwiczeń (takich jak pisanie, mówienie, czytanie czy słuchanie- różnie to wygląda). Jednak najwięcej jest przedmiotów pobocznych takich jak literaturoznawstwo, językoznawstwo, wszelkie przedmioty dotyczące kultury, języka czy też literatury danego kraju (obszaru językowego). I tu właśnie dochodzimy do sedna. Wybierając filologię powinniśmy się głęboko zastanowić, czy dana kultura naprawdę nas fascynuje, czy może wybieramy ją tylko dlatego że język bardzo nam się podoba. Jeśli wszystko rozchodzi się tylko o język to lepiej sobie odpuścić, bo będzie nam naprawdę ciężko i to wszystko może doprowadzić nawet do tego, że już nie będziemy mogli na niego patrzeć i go słuchać.
Miałam tak niestety z rosyjskim. Język sam w sobie bardzo mi się podobał, jednak nie byłam wielką maniaczką wszystkiego co rosyjskie, ot po prostu sympatycznie mi się go uczyło w szkole to pomyślałam, że to będzie dobry wybór. Niestety życie pokazało, że filologia to nie tylko przyjemna nauka języka ("przecież ja kocham uczyć się języków, dam radę!"), ale też masa rzeczy, które nigdy do niczego mi się nie przydadzą (jak na każdym kierunku) i wykładowcy, którzy niekoniecznie lubią swoją pracę. Gdybym naprawdę miała motywację i tę fascynację w sobie to dałabym spokojnie radę i studia byłyby dla mnie przyjemnością. Niestety wybrałam złą filologię i przez około dwa lata miałam wstręt do tego języka. Dopiero od niedawna wróciła do mnie sympatia do rosyjskiego i nadrabiam wszystko to, co zapomniałam przez ten czas.
Inna sprawa ma się z italianistyką. Kraj i jego kultura ciekawiły mnie od dłuższego czasu, więc łatwiej jest mi pokonywać wszelkie trudności. I żaden wykładowca nie zabije we mnie miłości do włoskiego! Nie ma na to szans :).
Podsumowując: filologia dla maniaka językowego jak najbardziej tak, ale dla takiego, który zdaje sobie sprawę czym jest ten kierunek. Pozbywając się fałszywych złudzeń i oczekiwań będziemy z przyjemnością studiowali to, co nam się podoba. Ja życzę wszystkim dobrych wyborów, nie tylko językowych :)
środa, 7 grudnia 2011
Super Memo
Jak wcześniej obiecałam, chciałam przedstawić książki z serii Super Memo, z których ostatnio namiętnie korzystam. Zacznę od kursu "Bez problemu", który jest dostępny do języka angielskiego, niemieckiego, włoskiego, rosyjskiego, francuskiego i hiszpańskiego. Składa się on z trzech książek (a raczej książeczek, bo są mniejsze od zeszytu A5) i prowadzą one aż do poziomu C1.
Każda lekcja składa się z dialogu, listy słówek, komentarza gramatycznego i ćwiczeń. Razem mamy dwanaście lekcji na każdym poziomie zaawansowania, ale są one dosyć długie. Cena jest stosunkowo niska, bo ok. 33 zł za jeden tom. Podoba mi się to, że książki są napisane zwięźle, bez zbędnych obrazków, które do niczego nam się nie przydają. Może jestem tradycjonalistką, ale czarno-biała forma najbardziej do mnie przemawia :).
Uczymy się nie tylko samych słówek, ale też pełnych zwrotów. Są one bardzo życiowe i przydatne (przynajmniej te z włoskich książeczek i to jest opinia Włocha!). Całe słownictwo, jest użyte w dialogach i ćwiczeniach, więc zawsze można zobaczyć kontekst, co pomaga w ich zapamiętaniu. Minusem w rosyjskiej wersji jest brak akcentów graficznych, co było powodem rzucenia tej książki w kąt około dwa lata temu.
Co ta seria ma ciekawego w sobie, że postanowiłam do niej wrócić? Jest to ich platforma językowa.
Z każdą książką dostajemy kurs on-line gratis na dwa miesiące. Po tym czasie trzeba niestety dokupić dostęp za ok. 50 zł na pół roku, albo 90 zł za cały rok. Inną możliwością jest wykupienie trzech poziomu na raz, co wychodzi taniej. Ale jeśli ktoś zainteresuje się tym kursem, to polecam obserwowanie grouponu, ponieważ czasami pojawiają się na nim ciekawe oferty Super Memo. Ja wykupiłam cały rok dostępu on-line do trzech poziomów za 50 zł! Teraz czaję się na taki dostęp do włoskiego :).
W internecie jest w zasadzie to samo, co w książce tylko że program generuje nam powtórki, w zależności od naszego stopnia opanowania (sami oceniamy, czy: wiem, prawie, nie wiem). I to jest najcudowniejsze tam, ponieważ czuję, że sama nie opanowałabym tak dobrze słówek czy gramatyki. Owszem, zakrywałabym sobie słówka i pytała samą siebie, ale co innego powtarzać sobie co jakiś czas ("to w sumie już wiem, a tego nie chce mi się uczyć, bo jest za trudne"), a co innego kiedy co parę dni to słówko się znowu pojawia przed oczami. Przerobiłam tak pół książki "Włoski- non c'è problema 2" rok temu, ale od wczoraj robię sobie powtórki na platformie i widzę, że wiele słówek wypadło mi z głowy. I wiem, że teraz już zostaną na zawsze ;). W rosyjskiej wersji dochodzi też wpisywanie niektórych słówek, co jest świetnym treningiem dla mnie. Wcześniej trwało to trochę czasu, zanim znalazłam odpowiednią literkę na klawiaturze, a teraz zaczynam pisać coraz swobodniej. Codzienne powtórki motywują mnie do regularniej pracy z językiem (jeśli nie powtórzę dzisiaj, to jutro będę miała o wiele więcej). Jeśli ktoś woli, to może korzystać tylko z samej platformy- bez książki. Jednak ja lubię zaznaczać sobie słówka, których szczególnie trudno jest mi się nauczyć, albo robić jeszcze raz ćwiczenia tym razem wpisując ołówkiem. Po prostu lubię czuć "fizycznie" książkę ;).
Pytanie, czy taka forma nauki jest skuteczna? Sama jeszcze za krótko z nią pracuję (dwa miesiące rosyjskiego, jeden dzień włoskiego) żeby być pewną na 100%, że to nie jest czas stracony. Jednak czuję już pewne "otwarcie" na rosyjski. Miałam bardzo długą przerwę z tym językiem, jednak mam wrażenie, że wszystko co się nauczyłam kiedyś powoli wraca jak i pojawiają się nowe rzeczy :).
Znam natomiast osobę, która opierając się głównie na tych kursach opanowała świetnie język polski (wspomniany wcześniej Włoch). On oczywiście powie, że jego polski nie jest jeszcze perfekcyjny, ale ja widzę jakie postępy zrobił w bardzo krótkim czasie i jakich słów używa. Mam nadzieję, że i ja będę kiedyś tak świetnie mówiła po rosyjsku :).
Kolejną zaletą są dostępne poziomy. Jeśli do angielskiego czy niemieckiego mamy dość bogatą ofertę materiałów dla tych bardziej zaawansowanych, to już do języków mniej popularnych (jak właśnie mój rosyjski i włoski) trudno znaleźć coś ciekawego. Oczywiście wątpię, by opierając się tylko na tej serii można rzeczywiście dojść do poziomu C1, jednak stanowi to już doskonałą bazę, na której można budować coś więcej.
Podsumowując, seria ta jest naprawdę warta polecenia. Za stosunkowo niską cenę, dostajemy bogaty kurs. Jeśli ktoś miałby jeszcze jakieś pytania, czy wątpliwości to proszę pytać :).
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Blog- reaktywacja
Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd ;). Wszystko (oprócz języków) tak się u mnie kończy- najpierw coś zaczynam, a potem brakuje mi motywacji (jak czasu) na dalsze kontynuowanie. Przyznam się szczerze, że nauka języków jest tak wciągająca i uzależniająca, że szkoda mi każdej chwili straconej na jakąś inną aktywność. Tydzień za tygodniem mijał, a ja nie napisałam ani słowa. Szkoła, praca, książki, prawo jazdy (zdane po długich męczarniach!)...
Teraz jednak postanowiłam już sobie nie odpuszczać, co będzie testem na moją silną wolę i zaangażowanie. Nie samą nauką człowiek żyje :).
Wkrótce pojawi się post dotyczący nauki z programem Super Memo. Czy ktoś korzysta z tego? Ja uczę się rosyjskiego z małych książeczek "Rosyjski- нет проблем" i wspieram się ich platformą językową. Planuję też kupić je do języka włoskiego. Do tego zainstalowałam sobie Extreme English : intermediate, advanced i proficiency. Jest to pewnego rodzaju test, ponieważ mam pewne obawy i wątpliwość, czy aby na pewno nie będzie to czas stracony. Ale o tym już niedługo.
Na razie pozdrawiam wszystkich serdecznie i przepraszam za długą nieobecność!
Teraz jednak postanowiłam już sobie nie odpuszczać, co będzie testem na moją silną wolę i zaangażowanie. Nie samą nauką człowiek żyje :).
Wkrótce pojawi się post dotyczący nauki z programem Super Memo. Czy ktoś korzysta z tego? Ja uczę się rosyjskiego z małych książeczek "Rosyjski- нет проблем" i wspieram się ich platformą językową. Planuję też kupić je do języka włoskiego. Do tego zainstalowałam sobie Extreme English : intermediate, advanced i proficiency. Jest to pewnego rodzaju test, ponieważ mam pewne obawy i wątpliwość, czy aby na pewno nie będzie to czas stracony. Ale o tym już niedługo.
Na razie pozdrawiam wszystkich serdecznie i przepraszam za długą nieobecność!
sobota, 14 maja 2011
Pierwszy post na moim nowym blogu.
Postanowione! Czytając i czasem komentując różne językowe blogi narodziła się w mojej głowie myśl o tym, aby samej założyć taki blog. Po pierwsze miałam już dość występowania jako "anonim", po drugie mam w głowie tyle myśli dotyczących języków i ich uczenia się, że chciałabym się nimi podzielić.
Języki nie towarzyszyły mi od zawsze. Jest to pasja, która zrodziła się powoli, kiedy przestało to być moim obowiązkiem i kiedy zaczęłam zauważać postępy. Myślę, że o każdym z języków których się uczę napiszę osobny post np. jak do tego doszło że zafascynowałam się nim. Chciałabym też podzielić się moimi metodami, które stosuję w nauce. Niestety, straciłam ładnych parę lat nauki na nieskutecznych metodach, które nic mi nie dawały, a tylko pogłębiały frustrację i brak wiary w siebie. Teraz uważam, że każdy jest się w stanie nauczyć języka, tylko musi wybrać odpowiedni sposób, taki żeby nie kręcił się w kółko bez widocznych efektów, co może spowodować porzucenie nauki.
Uczę się angielskiego, włoskiego, rosyjskiego i fińskiego. Ten ostatni dopiero raczkuje, ale w trzech pozostałych jestem już wstanie się komunikować, oglądać filmy czy czytać niektóre książki. Do perfekcji jeszcze mi daleko, a poza tym chyba nigdy nie odważę się powiedzieć, że jakiś język znam perfekcyjnie. Zawsze znajdzie się coś, co można udoskonalić lub coś czego się zapomniało w trakcie nauki.
Drugą moją pasją jest nauczanie innych, obecnie udzielam prywatnych lekcji z angielskiego (dzieciom i młodzieży), co sprawia mi ogromną frajdę i w tym widzę swoją przyszłość. Studiuję italianistykę z językiem angielskim o specjalizacji nauczycielskiej, więc powoli spełniam swoje marzenia- aby nie tylko mieć kontakt z językami w czasie wolnym, ale też w pracy.
Mam nadzieję, że ktoś znajdzie tu coś ciekawego co go zainspiruje, albo do nauki jakiegoś języka, albo do szukania idealnej dla siebie metody. Mi osobiście bardzo pomogły niektóre wpisy, wiele rad wypróbowuję na sobie, o czym napiszę wkrótce.
Na koniec mam pytanie do ludzi, którzy są wprawieni w pisaniu bloga tutaj. Jak można zmienić tło? Niestety jestem nietechniczna i nie jestem w stanie zmienić tego czegoś różowego na coś bardziej w moim stylu ;).
Życzę ciekawej lektury!
Języki nie towarzyszyły mi od zawsze. Jest to pasja, która zrodziła się powoli, kiedy przestało to być moim obowiązkiem i kiedy zaczęłam zauważać postępy. Myślę, że o każdym z języków których się uczę napiszę osobny post np. jak do tego doszło że zafascynowałam się nim. Chciałabym też podzielić się moimi metodami, które stosuję w nauce. Niestety, straciłam ładnych parę lat nauki na nieskutecznych metodach, które nic mi nie dawały, a tylko pogłębiały frustrację i brak wiary w siebie. Teraz uważam, że każdy jest się w stanie nauczyć języka, tylko musi wybrać odpowiedni sposób, taki żeby nie kręcił się w kółko bez widocznych efektów, co może spowodować porzucenie nauki.
Uczę się angielskiego, włoskiego, rosyjskiego i fińskiego. Ten ostatni dopiero raczkuje, ale w trzech pozostałych jestem już wstanie się komunikować, oglądać filmy czy czytać niektóre książki. Do perfekcji jeszcze mi daleko, a poza tym chyba nigdy nie odważę się powiedzieć, że jakiś język znam perfekcyjnie. Zawsze znajdzie się coś, co można udoskonalić lub coś czego się zapomniało w trakcie nauki.
Drugą moją pasją jest nauczanie innych, obecnie udzielam prywatnych lekcji z angielskiego (dzieciom i młodzieży), co sprawia mi ogromną frajdę i w tym widzę swoją przyszłość. Studiuję italianistykę z językiem angielskim o specjalizacji nauczycielskiej, więc powoli spełniam swoje marzenia- aby nie tylko mieć kontakt z językami w czasie wolnym, ale też w pracy.
Mam nadzieję, że ktoś znajdzie tu coś ciekawego co go zainspiruje, albo do nauki jakiegoś języka, albo do szukania idealnej dla siebie metody. Mi osobiście bardzo pomogły niektóre wpisy, wiele rad wypróbowuję na sobie, o czym napiszę wkrótce.
Na koniec mam pytanie do ludzi, którzy są wprawieni w pisaniu bloga tutaj. Jak można zmienić tło? Niestety jestem nietechniczna i nie jestem w stanie zmienić tego czegoś różowego na coś bardziej w moim stylu ;).
Życzę ciekawej lektury!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






